.wszystkie

czwartek, 22 września 2011
Czas leci jak szalony. Zagladnelam na bloga, a tu juz pajeczyny zaczynaja sie rozrastac. Czas chyba poodkurzac, w koncu cos napisac :))

No to tak:

1. U notariusza bylismy, pozyczke mamy. Bylismy juz nawet u Pani Architekt i pierwsze rozmowy juz za nami. Okazuje sie, ze z ta budowa nie bedzie tak z kopyta jak myslalam. Poniewaz troche juz czasu minelo, trzeba na nowo miec pozwolenie na budowe, ona musi poprawic plan, bo sa nowe wymagania (izolacja, itp itd). No i kazala sobie tez wiecej zaplacic. W koncu inflacja. Nastepne spotkanie bedzie w pazdzierniku, bo teraz jest zajeta :).

2. Luby jest na chorobowym. Ma pinched nerves (scisnety nerw?) w szyi i to promieniuje na prawa reke. Dostal juz dwa zastrzyki w kregi szyjne i ponoc jest poprawa. Ma spotkanie z lekarzem w nastepnym tygodniu, ale chyba pojdzie juz do pracy.

3. W zwiazku z choroba byl problem: co z Rzymem? No, ale zaryzykowalismy i pojechalismy (niby nie mozna na chorobowym jezdzic na wakacje). Telefon byl wlaczony caly czas, tak w razie czego. Bylo bosko, cudownie, super, duper, extra, bomba. Temperatura 30°C! Wszystko o moim pobycie na wakacyjnym blogu. Troche szkoda, ze nie mielismy wiecej czasu, ale i tak byl to niezapomniany czas.

4. Kupilam sobie automat do robienia chleba i normalnie szaleje :)) Upieklam juz kilka chlebow z roznym rezultatem, ale mam super zabawe. Szukam ciagle nowych przepisow i mamy ich juz tyle, ze chyba do konca roku nie bede musiala powtorzac przepisu :) Najbardziej mi, jak na razie, smakowal chleb prowensalski. Osobiscie uwielbiam takie rozniaste chleby, ale Luby nie, wiec ciagle jeszcze szukam przepisu, ktory by nam obu pasowal. Upieklam tez rewelacyjna (jak dla mnie) drozdzowke. Pierwszy raz nie sprawdzilam dobrze proporcji i zrobilam drozdzowke giganta (1kg!). Tak wyrosla, ze oparla sie o szybke, ale byla przepyszna. Drugim razem juz zmniejszylam proporcje o polowe. Na razie trzymam sie tego przepisy jezeli chodzi o ciasto drozdzowe.
Ci co tu zagladaja to wiedza, ze nie tak dawno kupilam takze Halogen Oven. I tutaj tez mam sukcesy, ale juz nie takie spektakularne :)) Piec jest super do przygotowania obiadu na 2 osoby, uzywam go prawie codziennie. Pieke tez w nim mufiny, ciastka, a nawet babki. Niektore ciasta w tej chwili moge piec juz z zamknietymi oczami, inne ciagle jeszcze testuje. Probowalam nawet piec chleb i drozdzowki (to przed zakupem automatu) i nawet myslalam, ze niektore pieczywo mi sie udalo. Teraz, po wyprobowaniu automatu deklaruje wszystko inne co wyprodukowalam jako zakalce. :))

A poza tym bardzo zaluje, ze to lato bylo jakies takie nie tego. Nie bylo zbyt cieplo, mialam takie plany na krotkie wyjazdy i wszystko poszlo w diably. No coz, zawsze jest ciagle nastepne lato i ciagle mozna snuc plany.

Co do planow to jak to ja, juz zaczynam myslec, gdzie pojedziemy w nastepnym roku, bo o jakichs dlugich wakacjach na razie nawet nie rozmawiamy. Mam nadzieje, ze znowu uda sie jakis city trip. Mysle o Petersburgu albo o Wiedniu. Luby mowi, ze jestem nieuleczalna! :D

Basil's Secret - fabula; Basil's Secret - film
Trzy dni w Paryzu
wtorek, 26 lipca 2011
Dzisiaj Luby, w drodze do domu, spokojnie mi oznajmil, ze wlasnie dzwonil Notariusz i ze jestesmy umowieni na podpisanie pozyczki na 17 sierpnia, sroda, o godz. 18:00.

Normalnie az zaniemowilam! Nareszcie! Jest! Tyle czekania i wyczekiwania i w koncu zamiast listu jest telefon. A Luby spokojnie siedzi i nie wykazuje zadnego podniecenia.

Bozshe, ale sie ciesze! Teraz naprawde zacznie sie dziac. Po podpisaniu pozyczki mozemy w koncu rozmawiac z Pania Architekt, szukac wykonawcy, szukac jakiegos lokum dla nas. I w ogole bedzie sie dzialo!

Nawet nie chce myslec co sie bedzie dzialo i jak... na razie sie ciesze, ze to juz bedzie tak blisko i ze nareszcie!

Nauczona doswiadczeniami troche watpie w to, ze to tak szybko wszystko pojdzie, ale przynajmniej bedzie sie dzialo. Szczegolnie teraz tego potrzebuje kiedy zaczyna przeciekac dach w kuchni.

No, usmiech nie schodzi z mojej twarzy... tak sie ciesze!

----------



piątek, 15 lipca 2011
Ledwo jedno sie skonczylo juz jest drugie. :(

Od tygodnia walcze z muchami. Najpierw pojawialy sie tak od czasu do czasu, nagle w lazience normalnie zatrzesienie. Na dole we frontowym pokoju - to samo. Normalnie obled! Kupilam wszystko co sie dalo: spray, tasmy, nakleki, elektryczne rozpylacze. Niby bylo lepiej, ale ciagle to sam - skads wylazily. W koncu doszlam skad przychodza - nasz fron jest caly rozkopany, szczegolnie wszystko wokol frontowych drzwi. Pelno tam dziur i szpar. Tam gdzies sie usadowily. Zaczelam regularnie sprayowac. Teraz, po tygodniu, wydaje sie, ze juz ich nie ma. Wydawaloby sie, ze teraz moge nareszcie odpoczac.

Nie, no oczywiscie, ze nie!

Od kilku dni mielismy fatalna pogoda, chlodno, wiatr, w koncu deszcz. Wczoraj lalo i lalo no i wlasnie okazalo sie, ze nam przecieka w kuchni.

Oczywiscie Luby sie nie przejmuje, bo to jest "dobudowka" i ta czesc bedziemy burzyc, ale na razie gdzies jest cos nie tak i bedzie nam cieklo.

Juz zdazylam cos kupic, no ale na razie nie jest zrobione nic. Najpierw myslalam, ze bedziemy naprawiac cos na dachu, ale Luby mowi, ze nie ma co szalec, ze przeciez bedziemy sie stad wyprowadzac (kiedy???), ze to juz wkrotce, wiec na razie trzeba naprawiac tak, zeby nie padalo w domu.

Dzisiaj jest piekna pogoda, slonecznie i oczywiscie nie pada, wiec znowu moge odpoczac :))

A tak nawiazujac do budowy to rzeczywiscie mamy juz przyznana pozyczke, teraz czekamy na wizyte u notariusza. Potem oczywiscie bedzie wizyta u Pani Architekt, szukanie wykonawcy i jak juz bedzie wiadomo kiedy sie zacznie budowa to bedziemy sie wyprowadzac.

Luby mowi, ze to wszystko naprawde moze sie szybko zdarzyc, bo jezeli zalatwimy notariusza to trzeba bedzie dzialac, pieniadze trzeba wydawac, w koncu bedziemy je od razu splacac :))

Na razie boje sie cieszyc, zeby sie nie rozczarowac. Na razie tylko czekam i czekam. Jedyny plus tego wszystkiego to to, ze mozey oszczedzac. Twierdzenie "czas to pieniadz" w naszym przypadku jest bardzo prawdziwe! :)
czwartek, 07 lipca 2011
Luby dzisiaj poszedl na pogrzeb swojego wujka (brat ojca).

No coz, faceta nie znalam, a ze musze pracowac, to mi sie upieklo i nie musze uczestniczyc w pogrzebie.

Luby wlasciwie idzie dla ojca. Co prawda wyglada, ze przyjal to zupelnie normalnie, ale nigdy nie wiadomo jak zareaguje gdy stanie nad trumna. Na pewno przyda mu sie wsparcie rodziny.

Ciesze sie, ze mnie to ominie. Nienawidze pogrzebow. Wiem, ze czekaja mnie, ze beda takie, w ktorych bede musiala uczestniczyc, ale gdy tylko moge sie wywinac to dziekuje losowi, ze mi sie udalo.

W takich momentach znowu uderza mnie prosta prawda, ze zycie jest kurche i jestesmy tu tylko przez chwile. Nad czym tak naprawde sie skupic w tym czasie? Czemu poswiecic? Co zrobic, zeby umierac wiedzac, ze sie nie zmarnowalo zycia i czy w ogole mozna sobie zmarnowac zycie? Zycie w koncu jest jak powietrze, po prostu jest, i tylko my, ludzie nadajemy mu sens.

Nie wchodze w sprawy religii, bo to mnie nie interesuje, z roznych powodow.

Tak wiec smierc znowu postawila mnie w pionie. Mimo wszystko nie moge sie odgonic od mysli, ze trzeba ten czas jakos wykorzystac, tak, zeby nie zalowac, kiedy przyjdzie ten czas.

Mysle, ze i tak bedziemy zalowac, bo boimy sie tego co jest "po", czy w ogole jest cos "po"? Czy smierc mozna oswoic? Czy mozna przestac sie bac?

Nie oczekuje odpowiedzi, pewno nigdy nie bede wiedziala. Odrzucam mysl o smierci jak najdalej, bo myslac o niej nie moge sie cieszyc zyciem. Ogarnia mnie wtedy taki straszny zal. Zal za tym co juz bylo, za tymi, kochanymi ludzmi, ktorych juz nie ma i wtedy to tylko plakac mi sie chce.

A przeciez, kazdy wie, ze smierc jest tak samo naturalna jak narodziny. Ten kto wierzy w Boga przynajmniej moze przejsc do innego, lepszego swiata. A Ci w co nic nie wierza po prostu przestana istniec.

Ach, tak mnie jakos wzielo...

Smutek mnie ogarnal swoimi mackami...
środa, 06 lipca 2011
Pieniadze z ubezpieczenia wplynely. 980 euro! Wymieniony zostal caly przod.

Za naprawe jeszcze nie dostalismy rachunku, ale wyglada na to, ze wlasnie tyle wszystko bedzie kosztowac. Mam nadzieje, ze zastepcze auto tez jest wliczone, bo jak nie to trzeba bedzie znowu dzwonic (*westchnienie*).

A tak przy okazji. Jechalam w strone dworca i patrze czarne auto  przede mna jedzie, takie jakies podobne. Na szybie reklama agencji pracy. Az mi sie cos zrobilo! Tamten Facet byl wlascicielem tej agencji, na pewno, bo nazwa byla krotka i wpadajace w ucho.

Za kierownica kobieta. No wlasnie, mowil, ze samochod byl zony.

Po powrocie wrzucilam adres do googla, kliknelam i poprzerzucalam strony. Znalazlam zdjecia osob pracujacych. Poznalam faceta, ten sam.

Teraz wiem, gdzie nie mam szans skladac o prace. :)

niedziela, 03 lipca 2011
... czyli bedzie jeszcze o piatku.

Luby juz byl w domu, kiedy tego dnia wrocilam z pracy.

- Dobrze, ze juz jestes, musimy natychmiast jechac do faceta z ubezpieczenia - powiedzial kiedy pojawilam sie w drzwiach.

W samochodzie wytlumaczyl mi o co chodzi.

Otoz dostalismy list od ubezpieczyciela Tamtego Faceta. W liscie bylo powiedziane, ze wg nich to ja jestem winna za wypadek i ze rachunki zostana do nas przeslane. Jezeli nie zareaguje na ten list w ciagu 7 dni, to Tamten Facet po prostu naprawi swoje auto i rachunek przesle mi do zaplacenia.

Normalnie szczeka mi zwisla do kolan.

No jak to? Przeciez byl Expert i wszystko juz bylo ustalone. A teraz jezdze sobie autem zastepczym, no i kto niby ma za to wszystko placic? Ja?

Cos tu kuzwa nie jest tak. Ktos tu cos namieszal i my bedziemy za to odpowiadac.

Luby powiedzial tez, ze zaraz po przeczytaniu listu zadzwonil do naszego ubezpieczyciela i ten kazal nam przyjechac z listem.

Przyjechalismy, facet od razu nas przyjal. Wyjasnil, ze wg niego to jakies nieporozumienie. Tamten Facet twierdzi, ze on byl na zwyklej drodze, a ja wyjezdzalam z parkingu i do niego wjechalam.

No kuzwa, jezeli droga na parkingu to zwykla droga, to moja droga tez jest zwykla i ja ciagle jestem po jego prawiej stronie, jakby na to nie popatrzec.

No ale skad ten caly kolowrot, o co tu wlasciwie chodzi?

Okazalo sie, ze nasz ubezpieczyciel nie wiedzial, ze do nas dzwonil Ekspert, ze juz bylam w garazu i ze w dzisiaj mialam juz dostac naprawione auto.

Jak to wszystko mozliwe, ze jeden nie wie co robi drugi? Przeciez to jedno ubezpieczenie, Tamtego Faceta i moje. Jak to jest mozliwe, ze ci ludzie nie maja pojecia co sie dzieje?

Wyszlismy od ubezpieczyciela z zapewnieniem, ze sprawa bedzie natychmiast wyjasniana.

Jak wrocilismy do domu, to Luby dostal e maila od ubezpieczyciela Tamtego Faceta, ze mamy podac numer konta, to pieniadze beda przeslane na nasze konto.

No kurwa, o co tu chodzi, czy to mi sie wszystko pieprzy, czy ktos jest psychiczny?

Oczywiscie dyskutowalismy z Lubym w te i we wte jak to mozliwe, zeby byla taka desorientacja.

Wykombinowalismy taka o to wersje.

Otoz po wypadku papiery zostaly wyslane do glownego biura ubezpieczenia. Tutaj sprawa nabrala od razu toku i w poniedzialek (wypadek byl w sobote) byl juz telefon, ze mamy jechac do garazu i spotkac sie z Ekspertem.

W miedzy czasie Tamten Facet stwierdzil, ze nie zgadza sie, zeby to on placil mi za reperacje i wymyslil, ze droga po ktorej jechal to byla zwykla droga, a ja wyjezdzalam z parkingu. W takim wypadku, oczywiscie, wina bylaby po mojej stronie.

Ubezpieczyciel Tamtego Faceta wyslal wiec list do nas, zwykly list musze dodac, z twierdzeniem, ze wina jest po mojej stronie i za wszystko musze zaplacic.

Tak wiec sprawa toczyla sie jakby po dwoch torach jednoczesnie, jedna strona nie wiedziala co robi druga strona.

My w miedzy czasie juz mielismy Eksperta, bo ubezpieczyciel z glownego biura stwierdzil wine Tamtego Faceta, a w tym samym czasie agent Tamtego Faceta dzialal na wlasna reke, nie wiedzac, ze sprawa sie juz toczy i ze wina jest juz dawno stwierdzona.

Normalnie mozna dostac rozdzwojenia jazni, nie wiadomo kto jest aktualny, a kto nie.

Czyli tak: najpierw to omal nie dostalam zawalu, gdy dowiedzialam sie, ze czeka nas placenie nie tylko mojej reperacji, ale takze reperacji Tamtego Faceta plus zaplata za zastepcze auto.

Potem pocieszono nas, ze pewno to jakas pomylka. A w domu po prostu czekal na nas email z glownego biura, zebysmy podali konto, to pieniadze beda przeslane.

I jak tu mozna byc normalnym?

Czyli jak to w koncu jest na dzisiaj? Tak naprawde to nie wiemy. Tamten Facet ciagle jeszcze moze isc do sadu i probowac cos wskorac, ale kazdy mowi, ze sprawy nie wygra. Posadzic sie jednak zawsze moze.

A my na razie reperacje musimy sami zaplacic i czekac co nasze ubezpieczenie wymysli dalej.

Niby wiadomo, ze nam zwroca pieniadze (no bo chcieli numer konta), ale dopoki ja tych pieniedzy nie dostane to na razie powstrzymam sie od celebrowania. :O

No a na poztywna nute, to moje autko juz stoi pod domem jak nowe. :)
czwartek, 30 czerwca 2011
Od wczoraj mam auto zastepcze (do piatku wieczorem).
Kurcze, duze to to :). Na poczatku wydawalo mi sie, jakby jezdzila ciezarowka, ale teraz jest juz ok.

Jak Wam sie podoba?


Peugeot tepee

Auto prawie nie mialo benzyny, wiec musialam prosto jechac na stacje. I tu powstal problem: benzyna czy ropa? Zapomnialam zapytac, a wracac sie przeciez tym "autobusem" nie bede. No to zaczelam glowkowac. Pojechalam najpierw do domu. Tam przeszukalam auto i znalazlam karte wystawowa, ze wszystkimi danymi. I stoi jak wol: diesel.

No to teraz juz pojechalam na stacje powtarzajac w glowie: diesel, diesel, bo moje auto jest na benzyne i a noz zapomne i chwyce za zla pompe :O

Nie zapomnialam, nalalam, ale teraz mam za duzo, bo przeciez im za darmo zatankowanego auta nie oddam, wiec musze jezdzic :) Jade dzisiaj po Lubego do pracy, a co! Skoro juz zaplacone to trzeba wykorzystac.

A tak swoja droga to ciagle mysle o tym facecie, do ktorego wjechalam. Nie dosc, ze facet byl uprzejmy, wyciagnal swoja wlasna forme wypadkowa, sam wszystko napisal, mi dal kopie to na dodatek dostanie rachunek za naprawe i moje zastepcze auto. No nie on, a jego ubezpieczenie, ale w sumie na jedno wychodzi.

No nie wkurzylby sie czlowiek?... Ja bym sie wkurzyla.

Ale jak to mowia: glupi ma szczescie... i niech juz tak zostanie :)
poniedziałek, 27 czerwca 2011
O godz. 14.00 bylam dzisiaj umowiona z ekseprtem z ubezpieczenia w garazu Peugeot.

Przyjechalam duzo wczesniej, nie chcialam sie spoznic, zeby nie bylo wymowki, ze nie zaplaca naprawy.

Usadowilam sie i czekam. Luby mowil, ze Ekspert powinien zjawic sie na czas, bo to juz tacy ludzie. Co prawda mialam powazne watpliwosci co do tej punktualnosci, no ale niech bedzie.

Juz prawie tracilam i nadzieje i cierpliwosc. Dzisiaj pogoda uraczyla nas 30+ stopniowym upalem. W poczekalni bylo co prawda przyjemnie, ale cieplo.

No i w koncu moj Ekspert sie pojawil. Byla prawie 15:00. Podszedl do biurka, porozmawial z mechanikiem, ten kiwnal w moja strone reka. Ekspert sie usmiechnal i uklonil. Poszli ogladac samochod.

Po chwili wrocili, umowilam sie na reperacje i bylam wolna.

I tak sobie mysle, ze niech Luby mowi co chce, a ja juz opinie o Belgach mam.

Mieszkam tutaj juz prawie 10 lat i nie zdazylo mi sie, aby ktokolwiek pojawil sie na czas gdy sie umawia. Albo sie nie pojawiaja wcale, albo przychodza o swojej godzinie, albo, co jest najczestsze, nie przychodzaca wcale. I nie ma tlumaczenia, przeproszenia, nic. Nie ma po prostu sprawy. To Ty chcesz, aby cos Ci zrobili to siedz cicho i pilnuj drzwi, bo moze akurat ktos zapuka. A jak sie nie zjawi to trzeba grzecznie czekac na telefon, zeby sie znowu umowic. Bron Boze, zeby sie poskarzyc, ze czas, ze przeciez umawialismy sie. Tutaj pojecia "umowionego spotkania" nie istnieje. Godziny sa podawane orientacyjnie. Jezeli ktos umawia sie na 14.00 tak jak w moim przypadku to przychodzi pomiedzy 14 a 15, tak jak moj Ekspert. I to jeszcze dobrze, bo moglo byc tak, ze wcale by sie nie pojawil. I tyle. A jak czlowiek dzwoni i upierdliwy jest i sie skarzy, ze go w balona robia, to sprawa powedruje na dno szuflady i wtedy dopiero sobie poczekamy.

W Stanach i Kanadzie umowione spotkanie to byla swietosc. Jezeli ktos sie spoznil to dzwonil z drogi, a przepraszal juz od drzwi. Godzin i spotkan kazdy sie trzyma jak pijany plotu.

A tu? Wolna amerykanka! Jak sie komus chce to przyjdzie, jak nie, to nie, to sie umowi na drugi raz, i wtedy tez moze nie przyjsc. Trzeba byc grzecznym, wyrozumialym, tolerancyjnym, uprzejmym, grzeczynm, wyrozumialym, tolerancyjnym...

Ze co?
Ze sie powtarzam...? No musze, bo ciagle zapominam.... bo nie moge sie nauczyc... przyzwyczaic.
czwartek, 23 czerwca 2011
Dzwonil Luby, ze wlasnie rozmawial z naszym ubezpieczycielem. W poniedzialek mam jechac do garazu Peugeot i o 14.00 zjawi sie tam ktos, ktory oszacuje rozmar napraw.

Luby twierdzi, ze to znaczy, ze beda placic. To znaczy takze, ze to jednak ja mialam pierwszenstwo na parkingu i ze ten gosc, do ktorego wjechalam to chyba bedzie mnie przeklinal do konca swoich dni.

No, bo w koncu wjechalam w niego i na dodatek to on bedzie placil moja naprawe.

A tak w ogole to czuje sie zle z tym wszystkim. Najlepiej to bym chciala, zeby jakos wszystko odkrecic, zeby wypadku nie bylo, zeby nikt nie musial placic.

Moj tata mowi, ze mam wiecej szczescia niz rozumu. Luby mowi, ze musze miec strasznie duzo tego szczescia, bo mam dosc spory rozum ;D



poniedziałek, 20 czerwca 2011
Wlasnie wrocilismy od faceta z ubezpiecznia. Wg niego to ja mialam pierwszenstwo na parkingu, wiec wychodziloby, ze wine ponosi tamten facet.

Co by to znaczylo?
A no tyle, ze calosc mojej (i swojej) reperacji ponosilby tamten gosc. Do tego mialabym prawo do darmowego samochodu z garazu, do momentu naprawy mojego auta.

Tak twierdzi facet z ubezpieczenia, tak tez Luby sie dowiedzial od kolegi, ktory uczy jazdy (na prawo jazdy), tak tez wyczytalismy w internecie.

Do srody mamy czekac, wtedy dostaniemy emaila jak sprawa wyglada. Wtedy pojade do garazu.

Gdyby jednak okazalo sie, ze to ja jestem winna, to nie tylko musze oplacic moja naprawe, takze jego naprawe no i auto, ktore mialby tamten facet w tym czasie z garazu.

Ani mi sie nie chce myslec o tej mozliwosci. :(

Czyli do srody czekam i ciagle mam nadzieje.

Trzymac kciuki! Slac dobre mysli, wyciagac talizmaty...
Plizzz...
niedziela, 19 czerwca 2011
Nie tak dawno pisalam, ze w zasadzie nie mam za bardzo o czym pisac. Okazuje sie, ze juz mam.

W sobote mialam stluczke na parkingu. No, w zasadzie wypadek :( Auto ledwo splacone, a tu koszty. Szlag by to trafil!

Jechalam do pracy, na parkingu chcialam przejechac na druga strone, a inne auto wlasnie jechalo z boku. Jak trzasnelam to az mi serce skoczylo. Od razu wiedzialam, ze to nie jest taka sobie stluczka. Jak wyskoczylam to moje auto bylo cale z przodu pokiereszowane, wgniecione, cos tam urwane, tablica rejestracyjna na ziemi, a jego nic. Bo to wielkie auto bylo, i ja walnelam tak naprawde w jego kolo.

Od razu lzy w oczach i patrze z niedowierzaniem. Zadzwonilam do Lubego, jego pierwsze pytanie, czy mi sie nic nie stalo, bo w koncu auto zawsze mozna naprawic.

Facet obchodzil swoje auto, u niego wlasciwie nic, a u mnie cala demolka. Na szczescie (!) da sie jezdzic.

Kogo byla wina? No coz, niby ja wjechalam w jego bok, ale tak naprawde to w koncu to parking i jakies zasady obowiazuja. Trzeba jechac wolniej i gdybym ja jechala wolniej to bym jego widziala i vice versa. Wg mnie oboje ponosimy wine. Kto bedzie placil i komu, jezeli w ogole, dowiemy sie od ubezpiecznia.

Jedna znajoma mowila, ze nawet na parkingu obowiazuje prawo pierwszenstwa z prawej, wiec to ja bylam po prawej. Inna osoba zas twierdzi, ze na prakingu zawsze wine ponosza obie osoby. No coz, w poniedzialek sie dowiem.

Do tego ta sobota w ogole byla jakas feralna, bo czulam sie beznadziejnie, do tego musialam pracowac caly dzien. Na koniec dnia fajerwerek w postaci wypadku. :(

Az mi skora cierpnie, gdy pomysle, ile to bedzie kosztowac. Bo wg mnie caly przod jest do wyminay, a wszystko plastikowe, wiec "wyklepac" sie nie da. Jezeli naprawa potrwa kilka dni to trzeba bedzie miec auto na wymiane, a to nie jest za darmo. W ogole az nie che mi sie myslec.

I tak jezdze moim pokiereszowanym autkiem i za kazdym razem jestem wsciekla na siebie, ze ze mnie taka dupa wolowa, zeby tak na parkingu miec wypadek. Z drugiej strony dobrze, ze to bylo wlasnie na parkingu, bo jezeli dodac by tak troche szybkosci, to ja nie wiem, jak by sie to dla mnie skonczylo.

W kazdym badz razie na razie bedzie temat samochodowy na blogu... mam nadzieje, ze bede miala jakies dobre informacje w poniedzialek, zeby sie z Wami podzielic.

poniedziałek, 30 maja 2011
Cos mi to pisanie ostatnio nie bardzo wychodzi :)

No bo co to pisac? Zwykle zycie. Rejestrowanie kazdego dnia wydaje mi sie zbedne, a czytanie pewno jest nudne.

Mysle, ze taki dol blogowy to chyba normalny proces i pewno mi to przejdzie. Nie chce konczyc bloga, z pisaniem to jak widac roznie wychodzi.

Bylam na tydzien w Polsce. Odwiedzilam ojca. Tata juz ma prawie 80 lat. Trzyma sie dobrze, ale jest mu ciezko. Dokucza mu starosc, fakt, ze nie moze zyc tak normalnie, jak inni. Z pamiecia jest zle, zapomina sie, sam to przyznaje, ale jak przyjdzie co do czego to upiera sie przy swoim jak osiol.

Cale zycie oszczedzal, kombinowal i teraz robi to samo. Ciagle mam wrazenie, ze mu brakuje na jedzenie, ale tu i owdzie wychodzi, ze chyba jednak tak nie jest. Przypadkiem dowiedzialam sie, ze jego pozyczki sie skonczyly, no to chyba jest lepiej, eh?

Nie chce sie dopytywac, nie moj biznes, ojciec jest bardzo drazliwy gdy rusza sie ten temat, zreszta inne tematy tez.

Tak w ogole to trzeba sie z nim zgadzac, albo nic nie mowic. Jak sie tylko zaczyna mowic cos innego to sie denerwuje i mowi, ze mi latwo mowic, ze nic nie wiem. No, moze i nie wiem, ale w tego jego relacje to trudno uwierzyc.

Ma teraz zalatwione dostarczanie obiadow do domu, przynajmniej to.

Polska, przynajmniej z perspektywy mojej rodziny, wydaje mi sie bardzo szara i taka jakas przygnebiajaca. Niby wszystko jest, kolorowe reklamy, a jednak ta szarosc wszedzie wyziera. Obok super nowoczesnych domow reklamowych stoja brudne, odrapana kamienice. Co prawda szyby lsnia czystoscia i w oknach wisza czyste firanki, ale jakos to wszystko do siebie nie pasuje. Niektorzy zasuwaja po miescie w dezajnerskich ciuchach, ale przewazajaca wiekszasc ma na sobie zwykle, w rekach stare reklamowki i ida kupowac na bazarkach.

Pewno ktos powie wszedzie tak jest. No coz, tutaj jednak to wyglada inaczej. Co prawda ludzie jezdza na rowerach, ale to wybor, a nie koniecznosc. Ubrani sa porzadnie, nie koniecznie sa to znowu dezajnerskie ciuchy, ale wszystko jest no... nie wiem jak to nazwac... nowe? Domy definitywnie sa zadbane, ulice czyste i wyremontowane. Nie bede kontynuowac, wiadomo o czym mowie. Tutaj ludzie sa bogaci i moga sobie na wiele pozwolic. W Polsce sa ci, ktorzy maja wszystko, potem nic i ci biedni, ktorzy glowkuja kazdego dnia jak wykombinowac do konca tygodnia.

Ale i tak podobalo mi sie. Ludzie sa przystepniejsi, chetni do rozmowy, do pomocy, jacys tacy "sasiedzcy".

Troche pojedzilam, troche pochodzilam, troche odsiedzialam przy rodzinnym stole. Ogolnie pozytywnie.

Z innej beczki. Zatwierdzono nam pozyczke na rozbudowe. Na razie nie mamy jeszcze decyzji z ubezpieczenia no i czekamy na telefon, zeby sie umowic z przedstawicielami banku u notariusza. To spotkanie bedzie kosztowac nas... oj bedzie! :)

Luby mowi, ze jak w koncu oficjalnie bedziemy mogli korzystac z pozyczki to wtedy trzeba bedzie cos robic. Czekam na to! :))

Jak pisalam wczesniej, gdzies tam, we wrzesniu jedziemy do Rzymu na 4 dni. Taki CityTrip.

Samolot i hotel jest juz zaklepany. Hotel jest doslownie w centrum, 15 minut of Koloseum. Nie byl tani, ale niech tam!

Na wakacyjnym blogu zbieram wiadomosci na temat zwiedzania, cen, co koniecznie zobaczyc, a co mozna opuscic. Calkiem sporo tego juz mam. Do tego mam kilka przewodnikow, w PL nawet kupilam tania mape Rzymu :)

Luby zostawia cala organizacje mi. On tylko zabiera sie ze mna i jak przychodzi do placenia to ma oko na to co robie, bo jeszcze cos namace i bedzie... :)

A poza tym wszystko w porzadku i nie narzekam :)
piątek, 25 marca 2011
Zadzwonila do mnie znajoma z Kanady. Dawno nie gadalysmy, wiec nadrobilysmy czas.

Przy okazji dowiedzialam sie, ze moj poprzedni pracodawca jest w szpitalu, ma raka jelit.

Nie poczulam nic, ani grama wspolczucia. Wiadomosc przyjelam zupelnie bez zainteresowania i przeszlam szybko na inny temat.

Wspomnienia naplynely jak tsunami. Pamietam przystojnego bruneta, po 40stce, zawsze glosnego, zawsze rubasznie zartujacego. Ci co z nim na codzien nie mieli nic wspolnego bardzo go lubili. A ja? A ja drzalam na mysl, ze bede musiala isc znowu do pracy. Balam sie jego krzykow, oblewaly mnie zimne poty gdy wiedzialam, ze dzisial przesiedzi ze mna w biurze caly dzien.

To On spowodowal, ze w przyplywie desperacji zlozylam skarge na niego. Potem druga i trzecia. I nic.

Pewnego dnia, gdy On byl na wakacjach, nagle zdecydowalam sie, ze ta sprawe trzeba jakos rozwiazac. Poszlam do glownego biura, zaczelam rozmawiac i .... wyzwolilam sie.

Nigdy juz do biura nie wrocilam. Moj bos ponoc byl w szoku, ze osmielilam sie skarzyc na niego, a On mial przeciez o mnie tak wysokie mniemanie. Przeciez ja bylam jego prawa reka! Bu ha ha!

Pamietam jak siedzialam w domu i balam sie odebrac telefon. Wiedzialm, ze zadzwoni. Nie mylilam sie, zadzwonil. Na szczescie odebrala kolezanka, cos naklamala.

Natychmiast zadzwonilam do biura, do faceta, ktory sie zajmowal moja sprawa, negocjacja. Powiedzialam, ze jezeli jeszcze raz ten facet wykrecil moj numer to zloze doniesienie na policji. Facet sie nie na zarty przestraszyl, slyszalam strach w glosie. Tak bardzo chcial, zeby to wszyskto skonczylo sie polubownie, zeby sie rozeszlo po kosciach. Obiecal, ze bede miala spokoj.

I mialam. Dwa miesiace siedzialam w domu, a pensja przychodzila poczta. Po tym okresie dostalam wypowiedzenie, a jako powod zaznaczone bylo: inne. To "inne" bylo powodem wielu tlumaczen, ale bezrobocie dostalam. Siedzialam w domu przez 9 miesiecy szukajac pracy.

Siedzialam w domu to dobre okreslenie, bo tak naprawde nigdzie nie chodzilam. Balam sie. Dom byl bezpieczny.

W koncu kolezanki sie zaniepokoily moim zamknieciem i wyciagnely mnie na miasto. Poszlam. W grupie czulam sie bezpieczna.

Duzo jeszcze minelo dni za nim zrobilam cos takiego sama. W koncu czas zaczal robic swoje, zaczelam normalnie zyc.

Minelo juz wiele, wiele lat, a ja ciagle niechetnie wracam do tamtego czasu. Nie chce o tym mowic. Luby zna cala historie, gdy opowiadalam mu wszystko sluchal, przytulal i podawal nastepne papierowe chusteczki.

I teraz ten czlowiek lezy gdzies w szpitalu, ma raka jelit. Cos mu wycieli i teraz bedzie chodzil z przyczepionym do pasa woreczkiem.

Ten czlowiek, dumny, pyszny i nieprzejednany. Z workiem przypasie! Nie umiem sobie tego wyobrazic.

Nie, nie mam wspolczucia. Nie czuje zlosci, nie zycze mu nic zlego, jest mi zupelnie obojetny.

Czy we mnie zanikly jakies normalne odruchy? Chyba jednak nie. Potrafie wspolczuc, plakac nad niedola ludzka, czuje chec pomocy, a jednak teraz nie czuje nic.

Troche mnie to martwi, bo powinnam sie chyba byla juz wyleczyc. Na szczescie nie ma we mnie nienawisci, a to juz wielki plus.
czwartek, 24 marca 2011
Dawno mnie tu nie bylo :)

No coz, wszystko turla sie, jak zwykle, tymi samymi torami.

Bylismy w banku zlozyc aplikacje na kredyt. Na razie czekamy na odpowiedz. Dostalismy juz list z ubezpieczenia, ze Luby musi przedlozyc papiery do lekarza, gdyz tak go nie ubezpiecza. Nie dobrze. Gdy bralismy pozyczke na dom nie musial tego robic. Teraz nie wiadomo czy zlozyc te papiery do lekarza, czy moze zmienic ubezpieczenie na mnie. Na razie mamy czas na myslenie, bo lekarz jest na wakacjach.

W pracy troche zaczyna sie maci. Dostaje godziny, ktorych nie chce. Wydawalo mi sie, ze bylo jasne kiedy chce pracowac. Zawsze godziny byly w ramach o ktore prosilam. Teraz nagle dostaje inaczej. Dzisiaj wybieram sie na rozmowa z Taka Jedna co robi rozpiske. A no zobaczymy co bedzie.

Najgorsze, ze te godziny potrzebuje, chce, ale chce w moich godzinach, a nie wieczorami. Rzucac sie wiec raczej niei bede.

Co do halogen oven to nareszcie upieklam babke z pudelka i wyszla piekna, zarumieniona i wyrosnieta. Ciesze sie jak dzika. Nie dlatego, ze tak lubie babki piaskowe, ale ze w tym halogenie moge cos upiec. Wszlo, jest dowod (prawie zjedzony). Tak wiec teraz tylko zostaje probowac inne rzeczy.

Musze sie szczerze przyznac, ze za nim ta babka wyszla to zrobilam kilka ladnych zakalcow :)

A poza tym jest wiosna i zyc sie chce.
poniedziałek, 21 lutego 2011
No i upieklam babke, ale co sie nastresowalam to moje.
Babka byla zrobiona z tego pudelka i nie wyszla taka piekna jak na obrazku, no ale prawie.



Nastawilam, wg sugestii z forum, na 200 i 45 minut. Zalozylam dyfjuzer ciepla (w mojej wersji wysoki ruszt z podziurkowana folia aluminiowa) i czekam.

Po 10 minutach zupelnie nic sie nie dzialo, ciasto siedzialo sobie spokojnie w formie i nic. Wydawalo mi sie, ze to juz czas, aby zaczelo rosnac. Zagladam i zagladam... nic. Powstrzymalam sie od podwyzszenia temperatury. Jak mowia 200 to niech bedzie. Luby zreszta tez doradzal, zeby tylko zmieniac jeden parametr a nie kilka, bo wtedy nie wiadomo co zadzialalo. Zeby mnie nie korcilo, to poszlam na gore poscielic lozka.

Wrocilam i widze, ze sie cos ruszylo. Babka troche podeszla. No dobrze jest. Na czasie costalo jeszcze 15 minut. Troche to wszystko za blado wygladalo, ale powiedzialam sobie, ze nie mieszam. Co bedzie to bedzie.

Po 45 minutach babka wygladala dosc dobrze, ale jak ja wyciagnelam z foremki to dno bylo prawie biale. Wrzucilam wiec z powrotem, do "gory nogami" i wlaczylam HO na 10 minut. Ladnie sie zarumienilo.

W sumie caly czas pieczenia wyszlo mi 55 minut i jakos to widze troche za dlugo.

Nastepnym razem albo zrobie wieksze dziury w folii, moze temperatura nie dochodzila? Albo zwieksze temperature. Cos trzeba robic.

Zdjecia babki nie bedzie bo juz zjedzona. Luby stwierdzil, ze dobra, ale ciezka.

- Czyli co dobra, czy nie dobra? - pytam z napieciem w glosie
- Dobra, ale ciezka - powtorzyl spokojnie Luby.

I badz tu czlowieku madry... :O
| < Styczeń 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31